Syndrom wyuczonej bezradności

Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie, kiedy już dorosną idą do pracy, zarabiają na swoje życie, a inni stronią od tego jak diabeł od święconej wody? Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu. Dla jednych praca, a dla drugich jej notoryczny brak jest czymś całkowicie naturalnym.

Na studiach dowiedziałam się o tzw. syndromie wyuczonej bezradności. Dziś rozważę to w aspekcie socjalnym. Na pewno każdy z Was zna człowieka, który hipotetycznie ma możliwość zbudować inne życie, lecz w ogóle z tego nie korzysta. Dlaczego tak się dzieje?

Przede wszystkim należy wiedzieć, że nic nie bierze się z kosmosu i wiele tego typu zjawisk kształtuje się latami, czasami też po krótszym czasie, po kilku przypadkach.

Wyobraźmy sobie człowieka, który szuka pracy. Nie może jej znaleźć, wiele razy uzyska od potencjalnego pracodawcy odmowę i bach. Co się dzieje? Stwierdza, że nie jest w stanie znaleźć pracy. Ulega to generalizacji nierzadko i przekonuje wszystkich, że w Polsce to już w o ogóle nie można znaleźć pracy! Przykładowo ma dzieci, co zatem robi? Idzie do pomocy (zaznaczam nie opieki!) społecznej, z racji potomków otrzymuje wsparcie socjalne i machina rusza.

Czasami okazuje się, że takie rozwiązanie jest łatwiejsze, wygodniejsze. Nawet jeśli pieniążki z MOPS-u/GOPS-u są symboliczne to zawsze łatwiej jest je zdobyć niż poprzez pracę w pocie czoła. I co się dzieje potem? Mija rok, kolejny i kolejny, a dziura w CV się powiększa.

Budzi się taka osoba z ręką w nocniku po latach np 7 i jakie wtedy ma realne szanse na znalezienie ponownie pracy? Raczej znikome, choć nie mówię żadne. No i schemat się powtarza.

Osoby, które ja poznałam w swoim życiu z tym własnie symptomem tak naprawdę nigdy poważnie pracy nie szukały. Złożenie kilku cv według mnie to nie są działania, które mają naprawdę pomóc zacząć wykonywać jakiś zawód. To stanowczo za mało. Znam także ludzi, którzy dostali nawet po znajomości pracę i naprawdę z błahych powodów stwierdzili, że mają ją gdzieś.

Dlaczego jest to niebezpieczne? A no dlatego, bo osoby, których bezpośrednio dotyczy ten problem wpadają w pułapkę własnej psychiki, tak bardzo wierzą w swoje przekonania powstałe na skutek doświadczeń, że nie sposób je wyplenić. Ponadto może to później iść w stronę samospełniających się proroctw, a zatem jeśli ktoś nie ufa, że sytuacja materialna się zmieni na lepsze, to choćby się dwoił i troił – wciąż będzie tak samo, czyż nie?

Ja obserwuję to smutne zjawisko z pozycji szkolnego pedagoga. Dzieci uczą się przez modelowanie, wzór. Jeśli od najmłodszych lat chłopczyk czy dziewczynka obserwują rodziców, którzy nie chodzą do pracy, lecz przesiadują w domu, ba! Mają do tego roszczeniowe postawy i uważają, że wszystko im się należy – to co może być dalej?

Bardzo trudno wyłamać się z systemu wobec którego czuje się podświadomie lojalność, a nawet jeśli się chce, to nie wie do końca jak. Cóż możemy zrobić? Dawać wędkę, a nie rybę, to chyba mój główny pomysł, ale do przyznam się szczerze, że zachodzę w głowę jak się uporać choćby z pojedynczymi przypadkami. Może Wy macie jakieś propozycje? Czy znacie osoby z tym syndromem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s