Przebiegłam 64 km w górach!

Kilka lat zamieszczałam na blogu relację z pierwszego półmaratonu, później z pierwszego maratonu (asfalt), a dziś postanowiłam opowiedzieć o moim najdłuższym biegu w życiu! Opiszę go pod kątem własnych przeżyć i pracy nad sobą; nie będzie to recenzja biegu samego w sobie. A więc… w sobotę ukończyłam Bieg 7 Dolin na Festiwalu Biegów w Krynicy-Zdrój (Beskid Sądecki)! Miałam ok. 3 km przewyższeń (też mój rekord). Zajęło mi to prawie 12 godzin i jestem z siebie cholernie dumna!

Kilka słów wstępu…

Zacznijmy od tego, że ponad 2 lata temu mojemu mężowi powiedziałam, że nigdy z nim nie wejdę na żadną górę, a obecnie kocham po nich biegać. Przez długi czas biegałam na zawodach po asfalcie i zawsze uważałam się za bardzo słabą biegaczkę. Znaleźli się i tacy, którzy mnie nie szanowali przez to, że biegałam dużo wolniej od reszty. ROBIŁAM SWOJE! Nie biegam szybko i się tego nie wstydzę! Robię to, bo to kocham, a z każdym rokiem porównuję się sama do siebie i jestem coraz lepsza! Do pierwszego ultramaratonu (Łemkowyna – 48 km) zachęcił mnie mąż, a później poszła lawina! Bo w górach bardziej od szybkości liczy się mocna głowa, dlatego takie biegi są stworzone właśnie dla mnie. Mam psychikę ze stali, również dzięki temu, że pracuję już 6 rok jako pedagog szkolny.

Decyzja o biegu

Bieg na 64 km to koniec żartów. Dotychczas przebiegłam z mężem 48 km na wspomnianej już Łemkowynie, później ok. 45 km (Zimowy Maraton Bieszczadzki), następnie samodzielnie ukończyłam Wielką Prehybę (wyszło mi na liczniku 44,6 km). Zacznijmy od tego, że 8.09. miałam biec Maraton (42,195km), ale w połowie sierpnia skapnęłam się, że Koral jest po asfalcie! Przez przygotowania do weselu jakoś całkowicie to nam uciekło. No to co? Przepisuję pakiet na 30 km czy 64? Cholera, niech będzie 64! Szybko musiałam zmienić nastawienie na większy dystans. To przecież o 16 km więcej poza strefą komfortu, którą znam! 2 dni chodziłam w szoku z szeroko otwartymi oczami, a później przyjęłam na klatę to, co sobie postanowiłam. Oczywiście trenowałam, żeby nikt nie myślał, że luz i spontan, a ja gotowa tylko na 42 km i nie więcej. Oczywiście stresowałam się kosmicznie, bo w czerwcu mieliśmy przeprowadzkę, w lipcu ślub, w sierpniu podróż poślubną. Jak się domyślacie, nie trenowałam a 100% i pytanie nasuwa mi się – czy zawsze tak się da? No nic, 1200 km w 2018r. wybiegane już miałam, więc pomyślałam, ŻE MUSZĘ DAĆ RADĘ! Nigdy w życiu nie zeszłam z trasy na biegu, więc uznałam, że będę walczyć z całych sił! Nigdy jednak nie walczę ze sobą, lecz podążam za sobą.

Start biegu

Zazwyczaj mam wolne, żeby dojechać w góry na bieg. Rozpoczął się rok szkolny, ja koordynuję pomocą psychologiczno-pedagogiczną w szkole, więc wolnego nie brałam w piątek. W piątek o godz. 21:30 wykulałam się z autobusu po około 9h jazdy. Prysznic i spać. Pobudka o 2 w nocy, o 4:30 autobus na start, trzeba było być o 4:00 (zaczynaliśmy w innej miejscowości, niż meta). Oczywiście z wrażenia nie mogłam zasnąć, a jak zasnęłam – miałam koszmary! Dojechaliśmy, zrobiłam dobrą rozgrzewkę. Adrenalina + 100! 🙂 Pierwsze (chyb)a 2 km biegłam z koleżanką Natką, a potem się rozdzieliłyśmy. Aż do 52 odczuwałam „Samotność długodystansowca”.

„Byle do następnego punktu odżywczego”. „Nie będę myśleć ile zostało km, tylko ile już mam” „No, zaczęło padać, ja się deszczu nie boję, wiele razy biegałam w deszczu”. Do 30 km biegło mi się dobrze, choć na pierwszych kilometrach miałam tzw. bombę. To stan porównywalny do mnie do upicia się alkoholem. No zdarza się.

Środek biegu

Spotkałam kolegę, który mi przypomniał o instytucji kryzysu na takim dystanie i stało się. Od 30 km miałam kryzys trwający około godzinę. Wyszło mocne słońce i było bardzo parno i gorąco. Łzy napływały mi do oczu i taki monolog toczył się w mojej głowie:

  • chce mi się płakać
  • to płacz
  • zaraz będę wyć jak dziecko
  • to rycz, możesz płakać, ale masz iść cały czas do przodu!

Nie płakałam zatem. Na 2 godziny od tego momentu siadł mi żołądek – chciało mi się wymiotować (i nie tylko), z trudnością przyjmowałam wodę. Kryzys w głowie rozpracowałam następująco: „Żaden kryzys nie trwa wiecznie, bomba też nie” i powtarzałam to jak mantrę. Gdzieś tam dalej mój mąż biegł dystans 100 km, więc dodatkowo martwiłam się o niego. Byłam pełna nadziei, że sobie poradzi.

Na ręce miałam zapisane, że do godziny 15:30 mam być na punkcie 52 km. O godz. 14:00 zameldowałam się na 41 km wiedząc, że w niecałe 1,5 h nie wskrobię się na „największą górkę ze wszystkich”. Spytałam wolontariusza czy na pewno chodzi o godzinę 15:30. Powiedział, że tak i jeśli przybiegnę po czasie – zdejmą mnie z trasy i zawiozą na metę. Nie będzie żadnych ustępstw i przedłużania limitu pośredniego. No to szłam pod górę. Napisałam sms-a do męża, że niestety nie uda mi się zmieścić w limicie. Zrobiło się ciemno i zimno, jak w horrorze. Pogodziłam się z tym, że mnie z trasy zdejmą i przyjmę to z pokorą. Wymyśliłam w głowie co powiem moim znajomym i bliskim oraz co napiszę na naszym fanpage (Para FiT).  Moim kibicującym uczniom miałam powiedzieć, że czasem człowiek ponosi porażki, nie zawsze wygrywa, ale warto walczyć do końca i wyciągnę naukę z tego, żeby lepiej się przygotować następnym razem. Idąc do przodu z pełną rezygnacją spotkałam dobrą duszkę – jedna jedyna kobieta samotnie kibicująca zawołała do mnie „powodzenia!”. Odpowiedziałam jej na to, że nie ma co mi już kibicować, bo mnie ściągną z trasy jak dojdę do punktu 52 km. Sprawdziła mapę i okazało się, że na tym punkcie mam być do 18! Hurra! Czułam jakbym Boga złapała za nogi! Powróciły mi siły i motywacja! „Teraz już nie ma marudzenia, dane Ci dzisiaj będzie ukończyć 64 km!”

Końcówka biegu 

Na 52 km byłam tak szczęśliwa, że peplałam do wolontariuszy i rozśmieszałam ich. Było mi już bardzo zimno i pomyślałam „Jestem zmarzluchem, mam gęsią skórkę, mam to gdzieś, dobiegnę do końca, a potem wypiję dużo witaminy C!” Na szczęście, zagadał do mnie Łukasz i ostatnie 10 km pokonaliśmy razem całkowicie zmęczeni i zdezelowani, ale byle do przodu! Mój mąż miał inną trasę na 100 km, ale trasy łączyły się. Powiedział mi, że nie jest w stanie mnie dogonić i lepiej się na to nie nastawiać. Jednak nagle powiedziałam do Łukasza, że czuję, iż zaraz mój Grześ nas dogoni i nie minęło 5 minut jak zjawił się mój luby na kilka km przed wspólną metą. Godzinę przed metą znów siadł mi żołądek i było mi niedobrze. Zielono-koperkowo-fioletowa dobiłam do mety i wbiegliśmy na nią wspólnie z mężem za ręce. Łukasz przekroczył metę chwilkę przed nami, dziękujemy za zrobienie zdjęcia!

Podsumowane

Trasa była ogromnie ciężka. Wbiegaliśmy na samą górę i potem na sam dół itd. Dużo betonowych płyt z dziurami, aż wykrecało nogi. Ból ciała, ale „takie biegi zawsze bolą”. 
Podczas biegu przychodziły mi do głowy moje demony, ale radziłam sobie z nimi wizualizacją. Np. kiedy przypominałam sobie o kimś, kto mnie ostatnio mocno wnerwia – wyobrażałam sobie, że ładuję tą osobę do armaty na rynku w Krynicy i strzelam w kosmos 😀 
Istotną przyczyną mojego problemu z żołądkiem były ubogo zaopatrzone punkty odżywcze, na których nie było tego, co naprawdę na wszystkich biegach górskich jest: ani czekolady, ani paluszków/precli (uzupełnianie soli na biegu jest potrzebne), ani coli (pomogłaby każdemu na problemy z brzuchem), ani kawy (zarejestrowałam ją na jednym punkcie). Najważniejsze jednak, że nie było nic ciepłego, poza zapychającymi ziemniakami. Zero zupy czy czegokolwiek. Ja miałam w plecaku biegowym bardzo dużo tzw. normalnego jedzenia, jednak nie jestem w stanie ciągnąć ze sobą termosa czy pudełek z ciepłym pożywieniem. Człowiek nie biegnący tyle km w ciągu dnia je chociaż jeden ciepły posiłek, a kiedy się biegnie cała krew z żołądka spływa do nóg i jest cały ściśnięty. Na większości biegów  to doskonale wiedzą i dają cokolwiek ciepłego, by ten żołądek odmulić. Hm, a może gorzka herbata? Cholera, była tylko słodka! Jadłam tyle, co trzeba, tak jak na wszystkich innych biegach, jednak, kiedy do żołądka, który dostawał tylko zimne produkty wrzuciłam żel energetyczny, to był game over. Sorry, za pakiet płaci się ponad 100 zł, nie mamy kosmicznych wymagań, bo biegaliśmy nieraz w innych miejscach i nie oczekujemy niemożliwego. Mój mąż biegł 100 km i wraz z innymi przeklinali na czym świat stoi, że na punktach tylko pomarańcze, rodzynki i banany etc.. Słuchajcie, może niech jeszcze dadzą śliwki suszone i cynamon! Nasz duży zapas jedzenia w plecakach przy braku ciepłych posiłków, to za mało. (Ja podczas takiego biegu straciłam ok. 3 tys. kcal). Na mecie zero herbaty, folii nrc, nieciekawy medal. Życie. Skoro się decydujesz na jakiś bieg, przyjmujesz panujące tam warunki. 

Ja jestem z siebie szalenie zadowolona! Mimo wszystko dałam radę i ukończyłam bieg! Teraz jak o tym myślę, była to świetna zabawa 🙂 Mój następny bieg jest na 70 km, trzymajcie kciuki już dzisiaj 🙂 A na co Wy macie zajawkę?:) 

Profil trasy – góra, dół, góra, dół, góra, dół 😀

Wbiegnięcie na metę 🙂

7 comments

  1. Ja co prawda dziś biegam tylko ze spacerówką, ale może kiedyś tez zdecyduje się na bieg po asfalcie (oczywiście bez spacerówki 😉 ! ). Naprawdę podziwiam i jestem z Ciebie dumna. Bieg swoją drogą, ale to jakie masz oparcie w swoim mężu, też wiele znaczy!

    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s